Mały drewniany domek drwala na skraju wielkiego lasu, a przed nim Jaś i Małgosia Jaś nocą, w świetle księżyca, zbiera białe kamyczki przed domem Na leśnej drodze Jaś ukradkiem rozsypuje okruszki chleba, a za nim podskakują ptaszki Jaś i Małgosia chrupią dach i okienka słodkiego domku z chleba i ciasta Jaś wystawia z zagródki kosteczkę, a krótkowzroczna czarownica ją obmacuje Biała kaczuszka niesie Małgosię przez wielką wodę, a Jaś macha do niej z brzegu

Jaś i Małgosia

Domek na skraju lasu · czyta Maja
0:00−17:42

Dla rodziców: W oryginale braci Grimm czarownica okropnie wyje w piecu i spala się w nim. W łagodniejszej wersji nie słychać jej wycia, a czarownica po prostu już nigdy nie wychodzi z pieca. Cała reszta pozostaje bez zmian.

Brat i siostra gubią się głęboko w lesie i znajdują tam domek z chleba, ciasta i cukru. Baśń braci Grimm o odwadze, sprycie i o tym, jak bardzo Jaś i Małgosia się kochają, przetłumaczona z niemieckiego oryginału.

Bracia Grimm · 18 min · czyta Maja

Jaś i Małgosia: tekst bajki

Bracia Grimm (1857). Przetłumaczone z niemieckiego oryginału „Hänsel und Gretel”.

Na skraju wielkiego lasu mieszkał biedny drwal z żoną i dwojgiem dzieci. Chłopczyk miał na imię Jaś, a dziewczynka Małgosia. Drwal niewiele miał do jedzenia, a kiedy pewnego razu w całym kraju wszystko bardzo zdrożało, nie mógł już zarobić nawet na codzienny chleb.

Kiedy wieczorem leżał w łóżku i rozmyślał, przewracając się z boku na bok z troski, westchnął i powiedział do żony: „Co się z nami stanie? Jak mamy wykarmić nasze biedne dzieci, skoro sami nie mamy już nic?” „Wiesz co, mężu”, odpowiedziała żona, „jutro wcześnie rano zaprowadzimy dzieci do lasu, tam, gdzie jest najgęstszy. Rozpalimy im ognisko i damy każdemu jeszcze kawałek chleba, a potem pójdziemy do pracy i zostawimy je same. Nie znajdą drogi do domu i będziemy mieli je z głowy”.

„Nie, żono”, powiedział mąż, „tego nie zrobię. Nie miałbym serca zostawić moich dzieci samych w lesie, zaraz przyszłyby dzikie zwierzęta i rozszarpałyby je”. „Ach, ty głupcze”, powiedziała ona, „to wszyscy czworo pomrzemy z głodu, a ty możesz już tylko strugać deski na trumny”. I nie dawała mu spokoju, dopóki się nie zgodził. „A jednak żal mi tych biednych dzieci”, powiedział mąż.

Dzieci też nie mogły zasnąć z głodu i słyszały, co macocha powiedziała ojcu. Małgosia zalała się gorzkimi łzami i powiedziała do Jasia: „Teraz już po nas”. „Cicho, Małgosiu”, powiedział Jaś, „nie martw się, już ja coś na to poradzę”. A kiedy rodzice zasnęli, wstał, włożył kubraczek, otworzył dolną połówkę drzwi i wymknął się na dwór.

Księżyc świecił bardzo jasno, a białe kamyczki, które leżały przed domem, lśniły jak prawdziwe monety. Jaś schylał się i wkładał ich do kieszonki kubraczka tyle, ile tylko się zmieściło. Potem wrócił do domu i powiedział do Małgosi: „Bądź dobrej myśli, kochana siostrzyczko, i śpij spokojnie, Pan Bóg nas nie opuści”. I znowu położył się do łóżka.

O świcie, jeszcze zanim wzeszło słońce, przyszła żona i obudziła oboje dzieci: „Wstawajcie, leniuchy, idziemy do lasu po drewno”. Potem dała każdemu kawałeczek chleba i powiedziała: „Macie tu coś na obiad, tylko nie zjedzcie tego wcześniej, bo więcej nic nie dostaniecie”. Małgosia schowała chleb pod fartuszek, bo Jaś miał w kieszeni kamyki. Potem wszyscy razem wyruszyli do lasu.

Kiedy uszli kawałek drogi, Jaś przystanął i obejrzał się na dom, i robił tak raz po raz. Ojciec powiedział: „Jasiu, czego się tam oglądasz i zostajesz w tyle? Uważaj i nie zapominaj przebierać nogami”. „Ach, tato”, powiedział Jaś, „patrzę na mojego białego kotka. Siedzi na dachu i chce mi powiedzieć do widzenia”. Żona powiedziała: „Głupku, to nie twój kotek, to poranne słońce świeci na komin”. Ale Jaś wcale nie patrzył na kotka, tylko za każdym razem rzucał na drogę jeden z błyszczących kamyczków z kieszeni.

Kiedy doszli do środka lasu, ojciec powiedział: „Teraz nazbierajcie drewna, dzieci, rozpalę ognisko, żebyście nie zmarzli”. Jaś i Małgosia naznosili chrustu, aż urosła z niego mała górka. Chrust podpalono, a kiedy płomień buchnął wysoko, żona powiedziała: „Teraz połóżcie się przy ogniu, dzieci, i odpocznijcie, a my pójdziemy w las rąbać drewno. Kiedy skończymy, wrócimy i was zabierzemy”.

Jaś i Małgosia siedzieli przy ognisku, a kiedy nadeszło południe, każde z nich zjadło swój kawałeczek chleba. A ponieważ słyszeli uderzenia siekiery, myśleli, że ojciec jest gdzieś blisko. Ale to nie była siekiera, tylko gałąź, którą ojciec przywiązał do uschniętego drzewa, a wiatr uderzał nią tam i z powrotem. A kiedy tak długo siedzieli, oczy same zamknęły im się ze zmęczenia i twardo zasnęli.

Kiedy wreszcie się obudzili, była już ciemna noc. Małgosia zaczęła płakać i powiedziała: „Jak my teraz wyjdziemy z lasu!” Ale Jaś ją pocieszył: „Poczekaj tylko chwilkę, aż wzejdzie księżyc, wtedy na pewno znajdziemy drogę”. A kiedy na niebo wypłynął księżyc w pełni, Jaś wziął siostrzyczkę za rękę i poszedł za kamyczkami, które lśniły jak świeżo wybite monety i pokazywały im drogę. Szli przez całą noc i o świcie znowu doszli do domu ojca.

Zapukali do drzwi, a kiedy żona otworzyła i zobaczyła, że to Jaś i Małgosia, powiedziała: „Wy niedobre dzieci, czemu tak długo spaliście w lesie? Myśleliśmy już, że w ogóle nie chcecie wrócić”. Ale ojciec się ucieszył, bo bardzo go bolało, że zostawił je tam same.

Niedługo potem bieda znowu zajrzała we wszystkie kąty, a dzieci usłyszały, jak matka mówiła nocą w łóżku do ojca: „Znowu wszystko zjedzone, zostało nam jeszcze pół bochenka chleba, a potem koniec. Dzieci muszą odejść. Zaprowadzimy je głębiej w las, żeby nie znalazły drogi z powrotem. Inaczej nie ma dla nas ratunku”. Mężowi zrobiło się ciężko na sercu i pomyślał: „Lepiej by było, gdybyś podzielił się ostatnim kęsem ze swoimi dziećmi”. Ale żona nie chciała słuchać niczego, co mówił, krzyczała na niego i robiła mu wyrzuty. Kto powiedział A, musi powiedzieć i B, a ponieważ ustąpił za pierwszym razem, musiał ustąpić i za drugim.

Ale dzieci jeszcze nie spały i słyszały całą rozmowę. Kiedy rodzice zasnęli, Jaś znowu wstał i chciał wyjść, żeby nazbierać kamyczków jak poprzednim razem, ale żona zamknęła drzwi na klucz i Jaś nie mógł się wydostać. Mimo to pocieszył siostrzyczkę i powiedział: „Nie płacz, Małgosiu, i śpij spokojnie, dobry Pan Bóg na pewno nam pomoże”.

Wczesnym rankiem przyszła żona i wyciągnęła dzieci z łóżek. Dostały swój kawałeczek chleba, ale był jeszcze mniejszy niż poprzednim razem. W drodze do lasu Jaś pokruszył chleb w kieszeni, co chwila przystawał i rzucał okruszek na ziemię. Ojciec powiedział: „Jasiu, czego tak stoisz i się oglądasz? Idź swoją drogą”. „Patrzę na mojego gołąbka. Siedzi na dachu i chce mi powiedzieć do widzenia”, odpowiedział Jaś. „Głupku”, powiedziała żona, „to nie twój gołąbek, to poranne słońce świeci tam w górze na komin”. Ale Jaś rzucał na drogę okruszek za okruszkiem, aż rzucił wszystkie.

Żona zaprowadziła dzieci jeszcze głębiej w las, tam, gdzie jeszcze nigdy w życiu nie były. Znowu rozpalono wielkie ognisko i matka powiedziała: „Siedźcie tu sobie, dzieci, a jak się zmęczycie, możecie się trochę przespać. My idziemy w las rąbać drewno, a wieczorem, kiedy skończymy, przyjdziemy po was”. Kiedy nadeszło południe, Małgosia podzieliła się chlebem z Jasiem, który swój kawałek rozsypał po drodze. Potem zasnęli i minął wieczór, ale nikt nie przyszedł do biednych dzieci.

Obudzili się dopiero, gdy była już ciemna noc, a Jaś pocieszał siostrzyczkę i mówił: „Poczekaj tylko, Małgosiu, aż wzejdzie księżyc, wtedy zobaczymy okruszki chleba, które rozsypałem. One pokażą nam drogę do domu”. Kiedy wzeszedł księżyc, wyruszyli w drogę, ale nie znaleźli już ani jednego okruszka, bo tysiące ptaków, które fruwają po lasach i polach, wydziobały je wszystkie. Jaś powiedział do Małgosi: „Na pewno znajdziemy drogę”, ale jej nie znaleźli.

Szli całą noc i jeszcze cały dzień od rana do wieczora, ale nie mogli wyjść z lasu i byli strasznie głodni, bo nie mieli nic do jedzenia oprócz kilku jagód, które rosły przy ziemi. A ponieważ byli tak zmęczeni, że nogi nie chciały ich już nieść, położyli się pod drzewem i zasnęli.

Był to już trzeci ranek, odkąd opuścili dom ojca. Znowu ruszyli w drogę, ale zapuszczali się coraz głębiej w las, a gdyby wkrótce nie nadeszła pomoc, zginęliby z głodu i wyczerpania. W południe zobaczyli na gałęzi pięknego, śnieżnobiałego ptaszka, który śpiewał tak ślicznie, że stanęli i zaczęli go słuchać. A kiedy skończył, zatrzepotał skrzydełkami i poleciał przed nimi, a oni poszli za nim, aż doszli do domku, na którego dachu usiadł.

A kiedy podeszli całkiem blisko, zobaczyli, że domek jest zbudowany z chleba, dach ma z ciasta, a okienka z przejrzystego cukru. „No to się do niego zabierzmy”, powiedział Jaś, „i urządźmy sobie wspaniałą ucztę. Ja zjem kawałek dachu, a ty, Małgosiu, możesz jeść okienko, ono jest słodkie”. Jaś sięgnął w górę i odłamał sobie trochę dachu, żeby spróbować, jak smakuje, a Małgosia stanęła przy szybkach i zaczęła je chrupać.

Wtedy z izby dobiegł cienki głosik: „Chrupu, chrupu, chrupu, chrupki, kto przyszedł do mej chałupki?” Dzieci odpowiedziały: „To wiaterek z nieba, z błękitnego nieba!” i jadły dalej, nie dając się zbić z tropu. Jaś, któremu dach bardzo smakował, oderwał sobie z niego duży kawał, a Małgosia wyjęła z okna całą okrągłą szybkę, usiadła i zajadała się nią ze smakiem.

Nagle drzwi się otworzyły i po cichutku wyszła z nich staruteńka kobieta, która podpierała się kulą. Jaś i Małgosia tak okropnie się przestraszyli, że upuścili wszystko, co trzymali w rękach. Ale staruszka pokiwała głową i powiedziała: „Ach, kochane dzieci, kto was tu przyprowadził? Wejdźcie tylko do środka i zostańcie u mnie, nic złego wam się nie stanie”. Wzięła ich oboje za ręce i zaprowadziła do swojego domku. Tam podała im dobre jedzenie: mleko i naleśniki z cukrem, jabłka i orzechy. Potem przygotowała dwa śliczne łóżeczka z białą pościelą, a Jaś i Małgosia położyli się w nich i myśleli, że są w niebie.

Staruszka tylko udawała taką miłą, a naprawdę była złą czarownicą, która czyhała na dzieci, i zbudowała ten domek z chleba tylko po to, żeby je zwabić. Kiedy któreś wpadło w jej ręce, zabijała je, gotowała i zjadała, i było to dla niej prawdziwe święto. Czarownice mają czerwone oczy i nie widzą daleko, ale mają czuły węch, jak zwierzęta, i wyczuwają, kiedy zbliżają się ludzie. Kiedy Jaś i Małgosia znaleźli się w pobliżu, zaśmiała się złośliwie i powiedziała drwiąco: „Już ich mam, już mi się nie wymkną”.

Wczesnym rankiem, zanim dzieci się obudziły, czarownica już wstała, a kiedy zobaczyła, jak oboje słodko śpią, z pełnymi, rumianymi policzkami, mruknęła do siebie: „To będzie smaczny kąsek”. Chwyciła Jasia swoją kościstą ręką, zaniosła go do małej zagródki i zamknęła za drzwiczkami z kraty. Mógł krzyczeć, ile chciał, nic mu to nie pomogło. Potem poszła do Małgosi, potrząsała nią, aż się obudziła, i zawołała: „Wstawaj, leniuchu, przynieś wody i ugotuj bratu coś dobrego. Siedzi na dworze w zagródce i musi się utuczyć. Kiedy będzie tłusty, zjem go”. Małgosia zaczęła gorzko płakać, ale wszystko na nic, musiała robić, co kazała zła czarownica.

Odtąd dla biednego Jasia gotowano najlepsze jedzenie, a Małgosia dostawała tylko skorupki raków. Co rano starucha skradała się do zagródki i wołała: „Jasiu, wystaw palec, żebym mogła pomacać, czy już niedługo będziesz tłusty”. Ale Jaś wystawiał jej małą kosteczkę, a starucha, która miała słabe oczy, nie widziała tego dobrze, myślała, że to palec Jasia, i dziwiła się, że chłopiec wcale nie chce przytyć.

Kiedy minęły cztery tygodnie, a Jaś wciąż był chudy, czarownicę ogarnęła niecierpliwość i nie chciała już dłużej czekać. „Hej, Małgosiu”, zawołała do dziewczynki, „żwawo, przynieś wody. Czy Jaś jest tłusty, czy chudy, jutro go zarżnę i ugotuję”. Ach, jak rozpaczała biedna siostrzyczka, kiedy musiała nosić wodę, i jak łzy płynęły jej po policzkach! „Dobry Boże, pomóż nam”, zawołała, „gdyby nas pożarły dzikie zwierzęta w lesie, przynajmniej zginęlibyśmy razem”. „Daruj sobie to beczenie”, powiedziała starucha, „nic ci to nie pomoże”.

Wczesnym rankiem Małgosia musiała wyjść z domu, zawiesić kocioł z wodą i rozpalić ogień. „Najpierw będziemy piec”, powiedziała starucha, „już napaliłam w piecu i zagniotłam ciasto”. Wypchnęła biedną Małgosię na dwór, do pieca, z którego buchały już płomienie. „Właź do środka”, powiedziała czarownica, „i zobacz, czy jest dobrze napalone, żebyśmy mogły włożyć chleb”. Czarownica chciała zamknąć piec, gdy tylko Małgosia znajdzie się w środku. Małgosia miała się w nim upiec, a potem czarownica chciała zjeść i ją.

Ale Małgosia domyśliła się, co czarownica zamierza, i powiedziała: „Nie wiem, jak mam to zrobić. Jak tam wejść?” „Głupia gęś”, powiedziała starucha, „otwór jest dość duży, sama widzisz, nawet ja bym się tam zmieściła”. Przygramoliła się bliżej i wsadziła głowę do pieca. Wtedy Małgosia pchnęła ją tak mocno, że czarownica wpadła głęboko do środka, a Małgosia zatrzasnęła żelazne drzwiczki i zasunęła zasuwę. Ale Małgosia uciekła, a bezbożna czarownica już nigdy nie wyszła z pieca.

A Małgosia pobiegła prosto do Jasia, otworzyła zagródkę i zawołała: „Jasiu, jesteśmy uratowani, stara czarownica nie żyje!” Wtedy Jaś wyskoczył jak ptaszek z klatki, kiedy ktoś otworzy mu drzwiczki. Jak oni się cieszyli, jak rzucali się sobie na szyję, jak skakali dookoła i całowali się! A ponieważ nie musieli się już niczego bać, weszli do domu czarownicy, a tam we wszystkich kątach stały skrzynie pełne pereł i drogich kamieni. „Te są jeszcze lepsze niż kamyki”, powiedział Jaś i napchał do kieszeni, ile tylko się zmieściło, a Małgosia powiedziała: „Ja też chcę coś zanieść do domu”, i napełniła sobie cały fartuszek.

„A teraz chodźmy stąd”, powiedział Jaś, „żeby wydostać się z lasu czarownicy”. Kiedy jednak szli już kilka godzin, doszli do wielkiej wody. „Nie przejdziemy na drugą stronę”, powiedział Jaś, „nie widzę ani kładki, ani mostu”. „Łódeczki też tu nie ma”, odpowiedziała Małgosia, „ale tam pływa biała kaczka. Jeśli ją poproszę, pomoże nam przeprawić się na drugi brzeg”. I zawołała: „Kaczuszko, kaczuszko, tu stoją Małgosia i Jaś. Ani kładki, ani mostku, na białym grzbiecie przewieź nas”.

Kaczuszka rzeczywiście podpłynęła, a Jaś usiadł na niej i poprosił siostrzyczkę, żeby usiadła razem z nim. „Nie”, odpowiedziała Małgosia, „to będzie dla kaczuszki za ciężko. Niech przewiezie nas po kolei”. Tak też zrobiło to dobre zwierzątko, a kiedy szczęśliwie znaleźli się na drugim brzegu i szli jeszcze chwilę dalej, las wydawał im się coraz bardziej i bardziej znajomy, aż w końcu z daleka zobaczyli dom ojca.

Wtedy zaczęli biec, wpadli do izby i rzucili się ojcu na szyję. Odkąd zostawił dzieci w lesie, ojciec nie zaznał ani jednej radosnej chwili, a żona tymczasem umarła. Małgosia wytrząsnęła fartuszek, aż perły i drogie kamienie rozsypały się i skakały po całej izbie, a Jaś dorzucał z kieszeni garść za garścią. I tak skończyły się wszystkie zmartwienia, a oni żyli razem szczęśliwie i radośnie. Skończyła się moja bajka, a tam biegnie myszka. Kto ją złapie, może sobie z niej zrobić wielką, wielką futrzaną czapkę.

Widzisz błąd w tej bajce? Daj znać.