W czwartej, ostatniej części Gerda jedzie na grzbiecie renifera do Laponki i mądrej Finki, a potem idzie już całkiem sama do lodowego zamku Królowej Śniegu, w którym siedzi Kaj. Baśń Andersena w czterech częściach, przetłumaczona z duńskiego oryginału.
Hans Christian Andersen · 17 min · czyta Maja
Królowa Śniegu: wszystkie części
Królowa Śniegu, część czwarta: tekst bajki
Hans Christian Andersen (1844). Przetłumaczone z duńskiego oryginału „Sneedronningen”.
Opowiadanie szóste. Laponka i Finka.
Zatrzymali się przy małym domku. Był bardzo nędzny. Dach sięgał aż do ziemi, a drzwi były tak niskie, że rodzina musiała czołgać się na brzuchu, kiedy chciała wyjść albo wejść. W domu nie było nikogo oprócz starej Laponki, która stała i smażyła ryby przy lampce z tranem. Renifer opowiedział całą historię Gerdy, ale najpierw swoją, bo wydawało mu się, że jest o wiele ważniejsza. A Gerda była tak zziębnięta, że nie mogła mówić.
„Ach, wy biedactwa!” powiedziała Laponka. „Macie jeszcze kawał drogi przed sobą! Musicie biec ponad sto mil, aż do Finmarchii, bo tam Królowa Śniegu mieszka teraz na wsi i co wieczór puszcza niebieskie ognie. Napiszę parę słów na suszonym dorszu, bo papieru nie mam. Dam wam go dla Finki, która mieszka tam wyżej, ona lepiej wam wszystko wytłumaczy niż ja!”
Kiedy Gerda się rozgrzała i dostała coś do jedzenia i picia, Laponka napisała parę słów na suszonym dorszu, przykazała Gerdzie dobrze go pilnować, znów mocno przywiązała ją do renifera, a renifer pomknął. „Pff! Pff!” rozlegało się wysoko w powietrzu. Przez całą noc płonęły najpiękniejsze niebieskie zorze polarne. A potem dotarli do Finmarchii i zapukali w komin Finki, bo nie miała nawet drzwi.
W środku było tak gorąco, że sama Finka chodziła prawie zupełnie bez ubrania. Była mała i całkiem umorusana. Od razu rozluźniła małej Gerdzie ubranie, zdjęła jej rękawice i buciki, bo inaczej byłoby jej za gorąco, położyła reniferowi na głowie kawałek lodu, a potem przeczytała, co było napisane na dorszu. Przeczytała to trzy razy i wtedy umiała już wszystko na pamięć, a rybę włożyła do garnka z jedzeniem, bo przecież można ją było zjeść, a ona nigdy niczego nie marnowała.
Renifer opowiedział najpierw swoją historię, potem historię małej Gerdy, a Finka mrużyła swoje mądre oczy, ale nic nie mówiła.
„Jesteś taka mądra”, powiedział renifer. „Wiem, że potrafisz związać wszystkie wiatry świata jedną nitką do szycia. Kiedy kapitan statku rozwiąże pierwszy supeł, ma dobry wiatr, kiedy rozwiąże drugi, wieje ostro, a kiedy rozwiąże trzeci i czwarty, rozpętuje się taka burza, że lasy się przewracają. Czy nie dasz tej małej dziewczynce napoju, żeby miała siłę dwunastu mężczyzn i pokonała Królową Śniegu?”
„Siłę dwunastu mężczyzn”, powiedziała Finka. „O tak, to by jej bardzo pomogło!” Potem podeszła do półki, zdjęła z niej wielką zwiniętą skórę i ją rozwinęła. Były na niej wypisane dziwne litery, a Finka czytała i czytała, aż pot lał się jej z czoła.
Ale renifer znów tak gorąco prosił za małą Gerdą, a Gerda patrzyła na Finkę tak błagalnymi oczami, pełnymi łez, że ta znów zaczęła mrużyć swoje i zaciągnęła renifera w kąt, gdzie szepnęła mu do ucha, kiedy dostawał świeży lód na głowę:
„Mały Kaj jest rzeczywiście u Królowej Śniegu i wszystko jest tam po jego myśli, i uważa, że to najlepsze miejsce na świecie. Ale to dlatego, że dostał okruch lustra w serce i małe ziarenko szkła w oko. Najpierw trzeba je wyjąć, bo inaczej nigdy już nie będzie prawdziwym człowiekiem, a Królowa Śniegu zachowa nad nim władzę!”
„A czy nie możesz dać małej Gerdzie czegoś, żeby miała moc nad tym wszystkim?”
„Nie mogę dać jej większej mocy, niż już ma! Czy nie widzisz, jak wielka jest ta moc? Czy nie widzisz, jak ludzie i zwierzęta muszą jej służyć i jak na bosych stopach zaszła tak daleko w świat? Nie od nas ma się dowiedzieć o swojej mocy. Ta moc jest w jej sercu, w tym, że jest słodkim, niewinnym dzieckiem. Jeśli sama nie dostanie się do Królowej Śniegu i nie wyjmie szkła z małego Kaja, to my nie możemy pomóc! Dwie mile stąd zaczyna się ogród Królowej Śniegu. Możesz tam zanieść małą dziewczynkę. Postaw ją przy wielkim krzaku z czerwonymi jagodami, który stoi w śniegu. Nie wdawaj się tam w długie pogaduszki i szybko wracaj!” I Finka posadziła małą Gerdę na reniferze, a ten pobiegł, ile sił w nogach.
„Och, nie mam bucików! Nie mam rękawic!” zawołała mała Gerda. Poczuła to na siarczystym mrozie. Ale renifer nie śmiał się zatrzymać, biegł, aż dotarł do wielkiego krzaka z czerwonymi jagodami. Tam postawił Gerdę, pocałował ją w usta, a po policzkach zwierzęcia popłynęły wielkie, lśniące łzy. A potem pobiegł z powrotem, ile sił w nogach. I biedna Gerda stała tam bez bucików, bez rękawiczek, pośrodku strasznej, lodowatej Finmarchii.
Pobiegła przed siebie, jak najszybciej mogła. Wtedy nadciągnął cały pułk płatków śniegu. Ale nie spadały z nieba, bo niebo było zupełnie czyste i lśniło zorzą polarną. Płatki śniegu biegły tuż przy ziemi, a im bliżej były, tym bardziej rosły. Gerda dobrze pamiętała, jak wielkie i misterne się wydawały, kiedy oglądała płatki śniegu przez szkło powiększające. Ale tutaj były naprawdę o wiele większe i straszniejsze. Były żywe, były przednią strażą Królowej Śniegu. Miały najdziwniejsze kształty: jedne wyglądały jak brzydkie, wielkie jeże, inne jak całe kłęby węży, które wysuwały głowy, a jeszcze inne jak małe, grube niedźwiadki, którym jeżyła się sierść. Wszystkie były lśniąco białe, wszystkie były żywymi płatkami śniegu.
Wtedy mała Gerda odmówiła Ojcze nasz. Mróz był tak silny, że widziała własny oddech, który wychodził jej z ust jak dym. Oddech gęstniał coraz bardziej i układał się w małe, jasne anioły, które rosły coraz bardziej, kiedy dotykały ziemi. Wszystkie miały hełmy na głowach, a w rękach włócznie i tarcze. Było ich coraz więcej, a kiedy Gerda skończyła odmawiać Ojcze nasz, otaczał ją cały zastęp. Anioły uderzały włóczniami w straszne płatki śniegu, aż te rozpryskiwały się na sto kawałków, a mała Gerda szła naprzód pewnie i odważnie. Anioły głaskały ją po stopach i po rękach, i wtedy mniej czuła, jak jest zimno, i szybko szła dalej w stronę zamku Królowej Śniegu.
Ale zobaczmy teraz najpierw, co słychać u Kaja. On wcale nie myślał o małej Gerdzie, a już najmniej o tym, że stoi ona przed zamkiem.
Opowiadanie siódme. Co się wydarzyło w zamku Królowej Śniegu i co stało się potem.
Ściany zamku były z sypkiego, wirującego śniegu, a okna i drzwi z ostrych, tnących wiatrów. Było tam ponad sto sal, takich, jakie nawiał śnieg. Największa ciągnęła się na wiele mil. Wszystkie oświetlała jasna zorza polarna, a były takie wielkie, takie puste, tak lodowato zimne i tak lśniące! Nigdy nie było tu wesoło, nie było nawet małego balu niedźwiedzi, na którym burza mogłaby grać do tańca, a białe niedźwiedzie chodziłyby na tylnych łapach i popisywały się dobrymi manierami. Nigdy nie było małej partyjki kart z prztyczkami w nos i klapsami po łapkach, nigdy nawet odrobiny kawki z ploteczkami u białych panien lisic. Pusto, przestronnie i zimno było w salach Królowej Śniegu. Zorza polarna rozbłyskiwała tak równo, że można było wyliczyć, kiedy jest najwyżej, a kiedy najniżej.
Pośrodku pustej, nieskończonej śnieżnej sali było zamarznięte jezioro. Popękało na tysiąc kawałków, ale każdy kawałek był tak dokładnie podobny do drugiego, że była to prawdziwa sztuka. A na środku jeziora siedziała Królowa Śniegu, kiedy była w domu, i mówiła wtedy, że siedzi w lustrze rozumu i że jest to jedyne i najlepsze lustro na tym świecie.
Mały Kaj był całkiem siny z zimna, tak, prawie czarny, ale wcale tego nie czuł, bo przecież Królowa Śniegu pocałunkiem odebrała mu dreszcze, a jego serce było już prawie bryłą lodu. Chodził i ciągał za sobą ostre, płaskie kawałki lodu, które układał na wszystkie możliwe sposoby, bo chciał coś z nich ułożyć. Było to tak, jak wtedy, gdy my mamy małe drewniane klocki i układamy z nich figury, co nazywa się chińską układanką.
Kaj też chodził i układał figury, i to najbardziej misterne, była to lodowa gra rozumu. W jego oczach te figury były zupełnie wyjątkowe i niezwykle ważne, a wszystko przez ziarenko szkła, które tkwiło mu w oku! Układał z nich całe napisane słowa, ale nigdy nie umiał wpaść na to, jak ułożyć to słowo, które właśnie chciał, to jedno słowo: Wieczność. A Królowa Śniegu powiedziała mu: „Jeśli zdołasz ułożyć mi tę figurę, będziesz sam sobie panem, a ja podaruję ci cały świat i parę nowych łyżew”. Ale nie umiał.
„Teraz pomknę do ciepłych krajów!” powiedziała Królowa Śniegu. „Chcę zajrzeć do czarnych kotłów!” Były to góry, które zieją ogniem, Etna i Wezuwiusz, jak się je nazywa. „Pobielę je trochę! Tak trzeba, a to dobrze robi cytrynom i winogronom!” I Królowa Śniegu odleciała, a Kaj siedział zupełnie sam w ogromnej, pustej lodowej sali, długiej na wiele mil. Patrzył na kawałki lodu i myślał, i myślał, aż w nim trzeszczało. Siedział zupełnie sztywny i nieruchomy, można by pomyśleć, że zamarzł na śmierć.
Właśnie wtedy mała Gerda weszła do zamku przez wielką bramę, która była z tnących wiatrów. Ale odmówiła wieczorny pacierz i wtedy wiatry ucichły, jakby chciały zasnąć. Weszła do wielkich, pustych, zimnych sal i wtedy zobaczyła Kaja. Poznała go, rzuciła mu się na szyję, mocno go przytuliła i zawołała: „Kaju! Kochany mały Kaju! Wreszcie cię znalazłam!”
Ale on siedział zupełnie nieruchomo, sztywny i zimny. Wtedy mała Gerda zapłakała gorącymi łzami. Spadały mu na pierś, wnikały aż do serca, roztopiły bryłę lodu i rozpuściły maleńki okruch lustra, który tkwił w środku. Popatrzył na nią, a ona zaśpiewała pieśń:
„Róże kwitną w dolinie, tam śpiewamy Bożej Dziecinie!”
Wtedy Kaj wybuchnął płaczem. Płakał tak, że ziarenko szkła wypłynęło mu z oka. Poznał ją i zawołał radośnie: „Gerdo! Kochana mała Gerdo! Gdzie ty byłaś tak długo? A gdzie ja byłem?” I rozejrzał się dookoła. „Jak tu zimno! Jakie to wszystko puste i ogromne!” Przytulił się mocno do Gerdy, a ona śmiała się i płakała z radości. Było tak cudownie, że nawet kawałki lodu tańczyły z radości dookoła, a kiedy się zmęczyły i położyły, ułożyły się akurat w te litery, o których Królowa Śniegu powiedziała, że jeśli Kaj je ułoży, będzie sam sobie panem, a ona da mu cały świat i parę nowych łyżew.
I Gerda pocałowała go w policzki, a one znów zakwitły rumieńcem. Pocałowała go w oczy, a one rozbłysły jak jej oczy. Pocałowała go w ręce i w stopy, i znów był zdrowy i pełen sił. Królowa Śniegu mogła sobie teraz wracać do domu: lśniącymi kawałkami lodu było tam wypisane, że Kaj jest wolny.
Wzięli się za ręce i wyszli z wielkiego zamku. Rozmawiali o babci i o różach na dachu. A gdzie tylko szli, wiatry zupełnie cichły i wychodziło słońce. A kiedy doszli do krzaka z czerwonymi jagodami, stał tam renifer i czekał. Przyprowadził ze sobą młodą reniferkę z wymieniem pełnym mleka, która dała dzieciom swojego ciepłego mleka i pocałowała je w usta. Potem renifery zawiozły Kaja i Gerdę najpierw do Finki, gdzie rozgrzali się w gorącej izbie i dowiedzieli się, jak wrócić do domu, a potem do Laponki, która uszyła im nowe ubrania i przygotowała swoje sanie.
Renifer i młoda reniferka biegły obok nich i towarzyszyły im aż do granicy kraju. Tam wychylała się z ziemi pierwsza zieleń i tam pożegnali się z reniferem i z Laponką. „Żegnajcie!” powiedzieli wszyscy. Pierwsze ptaszki zaczęły świergotać, las pokrył się zielonymi pąkami, a z lasu wyjechała na wspaniałym koniu, którego Gerda poznała, bo kiedyś był zaprzęgnięty do złotej karety, młoda dziewczyna w lśniąco czerwonej czapce na głowie i z pistoletami przed sobą. To była mała rozbójniczka, której znudziło się siedzenie w domu i która chciała pojechać najpierw na północ, a potem w inną stronę, jeśli tam jej się nie spodoba. Od razu poznała Gerdę, a Gerda poznała ją. Co to była za radość!
„Ładny z ciebie włóczykij!” powiedziała do małego Kaja. „Ciekawe, czy jesteś wart tego, żeby ktoś biegł za tobą na koniec świata!”
Ale Gerda pogłaskała ją po policzku i zapytała o księcia i księżniczkę.
„Wyjechali do obcych krajów!” powiedziała rozbójniczka.
„A kruk?” zapytała mała Gerda.
„No cóż, kruk umarł!” odpowiedziała. „Jego oswojona narzeczona została wdową i chodzi z kawałkiem czarnej włóczki na nóżce. Lamentuje, że aż żal słuchać, a to wszystko same bzdury! Ale opowiedz mi teraz, jak ci się wiodło i jak go odzyskałaś!”
I Gerda, i Kaj opowiedzieli wszystko.
„Trele-morele!” powiedziała rozbójniczka, wzięła ich oboje za ręce i obiecała, że jeśli kiedyś będzie przejeżdżać przez ich miasto, wstąpi do nich w odwiedziny. A potem pojechała w szeroki świat. Ale Kaj i Gerda szli, trzymając się za ręce, a kiedy tak szli, nastała cudowna wiosna, pełna kwiatów i zieleni. Biły kościelne dzwony, a oni poznali wysokie wieże i wielkie miasto. To było to miasto, w którym mieszkali. Weszli do niego, poszli do drzwi babci, po schodach na górę, do pokoju, gdzie wszystko stało na swoim miejscu jak dawniej, a zegar tykał: tik-tak, tik-tak, i wskazówki się obracały. Ale kiedy przechodzili przez drzwi, zauważyli, że stali się dorosłymi ludźmi.
Róże z rynny kwitły i zaglądały przez otwarte okna, a tam stały małe dziecięce krzesełka. Kaj i Gerda usiedli każde na swoim i trzymali się za ręce. Zapomnieli o zimnej, pustej wspaniałości u Królowej Śniegu jak o złym śnie. Babcia siedziała w jasnym Bożym słońcu i czytała głośno z Biblii: „Jeżeli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa Bożego!”
A Kaj i Gerda spojrzeli sobie w oczy i nagle zrozumieli starą pieśń:
„Róże kwitną w dolinie, tam śpiewamy Bożej Dziecinie!”
I siedzieli tam oboje, dorośli, a jednak dzieci, dzieci w sercu, a było lato, ciepłe, błogosławione lato.





