Pierwsza część wielkiej baśni Andersena: troll rozbija swoje zaczarowane lustro, a maleńki okruch odmienia małego Kaja, który bawi się z Gerdą w różanym ogródku na dachu, aż pewnego zimowego dnia przyjeżdżają wielkie białe sanie. Przetłumaczona z duńskiego oryginału.
Hans Christian Andersen · 17 min · czyta Maja
Królowa Śniegu: wszystkie części
Królowa Śniegu, część pierwsza: tekst bajki
Hans Christian Andersen (1844). Przetłumaczone z duńskiego oryginału „Sneedronningen”.
Opowiadanie pierwsze, w którym mowa o lustrze i jego okruchach.
No, to zaczynamy! Kiedy dojdziemy do końca tej historii, będziemy wiedzieć więcej niż teraz. Był sobie bowiem pewien zły troll, jeden z najgorszych ze wszystkich, sam diabeł we własnej osobie! Pewnego dnia był w wyjątkowo dobrym humorze, bo zrobił lustro, które miało dziwną moc: wszystko, co dobre i piękne, kiedy się w nim odbijało, kurczyło się prawie do niczego, a to, co było nic niewarte i brzydkie, rzucało się w oczy i stawało się jeszcze gorsze. Najpiękniejsze krajobrazy wyglądały w nim jak rozgotowany szpinak, a najlepsi ludzie stawali się wstrętni albo stali na głowie i nie mieli brzucha. Twarze były tak powykrzywiane, że nie dało się ich poznać, a kto miał choćby jeden pieg, mógł być pewien, że rozleje mu się on na cały nos i usta. „To było niesłychanie zabawne”, mówił diabeł. Kiedy przez głowę jakiegoś człowieka przemknęła dobra, pobożna myśl, w lustrze pojawiał się szyderczy grymas, a diabeł aż się śmiał ze swojego sprytnego wynalazku.
Wszyscy, którzy chodzili do szkoły trolli, bo diabeł prowadził szkołę dla trolli, rozpowiadali dookoła, że zdarzył się cud. Dopiero teraz, mówili, można zobaczyć, jak naprawdę wyglądają świat i ludzie. Biegali z lustrem wszędzie, aż w końcu nie było już ani jednego kraju, ani jednego człowieka, który by się w nim choć raz nie wykrzywił. Wtedy zachciało im się polecieć aż do samego nieba, żeby wyśmiać aniołów i Pana Boga. Im wyżej lecieli z lustrem, tym mocniej się ono krzywiło w grymasie, tak że ledwie mogli je utrzymać. Lecieli coraz wyżej i wyżej, coraz bliżej Boga i aniołów. Wtedy lustro zadrżało w swoim grymasie tak strasznie, że wyrwało im się z rąk i runęło w dół, na ziemię, gdzie rozprysło się na sto milionów, na biliony, a nawet jeszcze więcej kawałków.
I właśnie wtedy narobiło ono o wiele więcej nieszczęścia niż przedtem, bo niektóre kawałki były ledwie tak duże jak ziarnko piasku. Rozleciały się po całym szerokim świecie, a kiedy wpadały ludziom do oczu, zostawały tam na dobre. Tacy ludzie widzieli potem wszystko na opak albo dostrzegali w każdej rzeczy tylko to, co w niej było złe, bo każde maleńkie ziarenko lustra zachowało tę samą moc co całe lustro. Niektórzy ludzie dostali nawet mały okruch lustra prosto do serca, a wtedy działo się coś naprawdę strasznego: takie serce robiło się jak bryła lodu. Niektóre kawałki lustra były tak duże, że wstawiono je do okien zamiast szyb, ale przez taką szybę lepiej było nie oglądać swoich przyjaciół. Inne kawałki trafiły do okularów, i wtedy działo się bardzo źle, kiedy ludzie wkładali te okulary, żeby dobrze widzieć i być sprawiedliwymi. Zły śmiał się do rozpuku, tak przyjemnie go to wszystko łaskotało. A w powietrzu wciąż jeszcze fruwały maleńkie okruchy szkła. A teraz posłuchajmy, co było dalej!
Opowiadanie drugie. Mały chłopiec i mała dziewczynka.
W wielkim mieście, gdzie jest tyle domów i ludzi, że nie starcza miejsca, by każdy mógł mieć choćby mały ogródek, i gdzie dlatego większość musi się zadowolić kwiatkami w doniczkach, mieszkało jednak dwoje biednych dzieci, które miały ogródek trochę większy niż doniczka. Nie byli rodzeństwem, ale kochali się tak bardzo, jakby nim byli. Ich rodzice mieszkali tuż obok siebie, w dwóch izdebkach na poddaszu. Tam, gdzie dach jednego domu stykał się z dachem sąsiedniego, a wzdłuż okapów biegła rynna, z każdego domu wychodziło na nią małe okienko. Wystarczyło przekroczyć rynnę, żeby przejść od jednego okienka do drugiego.
Rodzice mieli za oknami po dużej drewnianej skrzyni, a rosły w niej warzywa do kuchni i mały krzaczek róży. W każdej skrzyni był jeden i rósł wspaniale. Pewnego dnia rodzice wpadli na pomysł, żeby ustawić skrzynie w poprzek rynny, tak że sięgały prawie od jednego okienka do drugiego i wyglądały zupełnie jak dwa wały z kwiatów. Pędy groszku zwisały ze skrzyń, a krzaki róż wypuszczały długie gałązki, owijały się wokół okien i nachylały do siebie: było to prawie jak brama triumfalna z zieleni i kwiatów. Skrzynie były bardzo wysokie i dzieci wiedziały, że nie wolno im się na nie wspinać, więc często pozwalano im wyjść do siebie nawzajem i usiąść na małych stołeczkach pod różami. I tam bawili się cudownie.
Zimą ta przyjemność oczywiście się kończyła. Okna często całkiem zamarzały, ale wtedy dzieci grzały na piecu miedziane monety, przykładały gorący pieniążek do zamarzniętej szyby i robiła się śliczna dziurka do wyglądania, okrągła, okrąglutka. Zza dziurek spoglądały łagodne, kochane oczka, po jednym w każdym okienku: należały do małego chłopca i małej dziewczynki. On miał na imię Kaj, a ona Gerda. Latem mogli dostać się do siebie jednym skokiem, zimą musieli najpierw zejść po wielu schodach w dół, a potem wejść po wielu schodach w górę. A na dworze sypał śnieg.
„To roją się białe pszczoły”, powiedziała stara babcia.
„Czy one też mają królową?” zapytał mały chłopiec, bo wiedział, że prawdziwe pszczoły mają królową.
„Mają!” powiedziała babcia. „Fruwa tam, gdzie roją się najgęściej! Jest największa ze wszystkich i nigdy nie zostaje spokojnie na ziemi, tylko znów wzlatuje w czarną chmurę. Niejedną zimową nocą przelatuje ulicami miasta i zagląda w okna, a wtedy szyby zamarzają tak dziwnie, jakby wyrastały na nich kwiaty”.
„Tak, widzieliśmy to!” powiedzieli oboje i już wiedzieli, że to prawda.
„Czy Królowa Śniegu może tu wejść?” zapytała mała dziewczynka.
„Niech tylko przyjdzie”, powiedział chłopiec, „to posadzę ją na gorącym piecu i się roztopi”.
Ale babcia pogładziła go po włosach i opowiadała inne historie.
Wieczorem, kiedy mały Kaj był już w domu i do połowy rozebrany, wspiął się na krzesło przy oknie i wyjrzał przez małą dziurkę. Na dworze spadło kilka płatków śniegu, a jeden z nich, największy ze wszystkich, został na brzegu jednej ze skrzynek z kwiatami. Płatek rósł i rósł, aż w końcu zmienił się w prawdziwą panią, ubraną w najcieńszy biały welon, który wyglądał, jakby był utkany z milionów gwiaździstych płatków. Była taka piękna i delikatna, ale z lodu, z oślepiającego, migoczącego lodu, a jednak żywa. Jej oczy błyszczały jak dwie jasne gwiazdy, ale nie było w nich ani spokoju, ani wytchnienia. Skinęła głową w stronę okna i pomachała ręką. Mały chłopiec przestraszył się i zeskoczył z krzesła. A wtedy wyglądało to tak, jakby za oknem przeleciał wielki ptak.
Następnego dnia był mróz i bezchmurne niebo, a potem przyszła wiosna. Świeciło słońce, wychyliła się zieleń, jaskółki budowały gniazda, otworzono okna, a małe dzieci znów siedziały w swoim ogródku wysoko w rynnie, ponad wszystkimi piętrami.
Tego lata róże kwitły tak pięknie jak nigdy. Mała dziewczynka nauczyła się pieśni, w której była mowa o różach, a przy tych różach myślała o swoich własnych. Zaśpiewała ją małemu chłopcu, a on śpiewał razem z nią:
„Róże kwitną w dolinie, tam śpiewamy Bożej Dziecinie!”
A dzieci trzymały się za ręce, całowały róże, patrzyły w jasne Boże słoneczko i mówiły do niego, jakby tam było Dzieciątko Jezus. Jakie to były piękne letnie dni! Jak cudownie było siedzieć na dworze przy świeżych krzakach róż, które chyba nigdy nie chciały przestać kwitnąć!
Kaj i Gerda siedzieli i oglądali książeczkę z obrazkami zwierząt i ptaków. I właśnie wtedy, gdy zegar na wielkiej wieży kościoła wybił piątą, Kaj powiedział: „Au! Coś mnie ukłuło w serce! A teraz coś mi wpadło do oka!”
Mała dziewczynka objęła go za szyję, a on mrugał oczami. Nie, nic nie było widać.
„Chyba już wyleciało!” powiedział. Ale wcale nie wyleciało. Było to właśnie jedno z tych ziarenek szkła, które odprysły od lustra, od lustra trolla, pamiętamy je przecież dobrze, od tego wstrętnego szkła, w którym wszystko, co wielkie i dobre, robiło się małe i brzydkie, a to, co złe i podłe, wychodziło na wierzch, i każdą wadę każdej rzeczy od razu było widać. Biedny Kaj dostał też maleńki okruch prosto w serce. Wkrótce jego serce miało się zrobić jak bryła lodu. Teraz już nie bolało, ale okruch tam był.
„Czemu płaczesz?” zapytał. „Brzydko wtedy wyglądasz! Przecież nic mi nie jest! Fuj!” zawołał nagle. „Tę różę nadgryzł robak! A ta, popatrz, jest całkiem krzywa! Właściwie to są wstrętne róże! Są takie same jak skrzynki, w których rosną!” I kopnął mocno skrzynkę, i zerwał obie te róże.
„Kaj, co ty robisz!” zawołała mała dziewczynka. A kiedy zobaczył, jak się przestraszyła, zerwał jeszcze jedną różę i uciekł przez swoje okno do domu, z dala od kochanej małej Gerdy.
Kiedy później przychodziła z książeczką z obrazkami, mówił, że jest dobra dla niemowląt, a kiedy babcia opowiadała historie, zawsze miał jakieś ale. Kiedy tylko mógł, chodził za nią, wkładał okulary i mówił tak jak ona. Robił to zupełnie tak samo, a ludzie się z niego śmiali. Wkrótce umiał już naśladować mowę i chód wszystkich ludzi z całej ulicy. Wszystko, co było w nich dziwaczne i niezbyt ładne, Kaj umiał przedrzeźniać, a ludzie mówili wtedy: „Ten chłopiec ma głowę nie od parady!” Ale to było szkło, które wpadło mu do oka, szkło, które tkwiło w jego sercu. To przez nie dokuczał nawet małej Gerdzie, która kochała go całą duszą.
Jego zabawy były teraz zupełnie inne niż przedtem, takie mądre i poważne. Pewnego zimowego dnia, kiedy wirowały płatki śniegu, przyszedł z dużym szkłem powiększającym, nadstawił połę swojego niebieskiego płaszczyka i pozwolił, żeby płatki śniegu na nią spadały.
„Popatrz przez szkło, Gerdo!” powiedział. Każdy płatek śniegu był w nim o wiele większy i wyglądał jak wspaniały kwiat albo gwiazda o dziesięciu ramionach. Pięknie było na to patrzeć.
„Widzisz, jakie to misterne?” powiedział Kaj. „To o wiele ciekawsze niż prawdziwe kwiaty! I nie mają ani jednej wady, są całkiem dokładne, byle tylko się nie roztopiły!”
Wkrótce potem Kaj przyszedł w dużych rękawicach i z saneczkami na plecach. Krzyknął Gerdzie prosto do ucha: „Pozwolili mi jeździć na saneczkach na dużym placu, tam, gdzie bawią się inni!” I już go nie było.
Tam, na placu, najodważniejsi chłopcy często przywiązywali swoje saneczki do wozu jakiegoś chłopa i jechali z nim spory kawałek drogi. To była dopiero wesoła zabawa! Kiedy bawili się w najlepsze, przyjechały wielkie sanie. Były całe pomalowane na biało, a siedział w nich ktoś otulony w puszyste białe futro, w białej puszystej czapie. Sanie objechały plac dwa razy dookoła, a Kaj szybko przywiązał do nich swoje saneczki i już jechał razem z nimi. Jechali coraz szybciej, prosto w sąsiednią ulicę. Osoba, która powoziła, odwróciła głowę i skinęła Kajowi tak przyjaźnie, jakby się znali. Za każdym razem, gdy Kaj chciał odwiązać swoje saneczki, ta osoba znowu kiwała mu głową, i Kaj siedział dalej. Wyjechali prosto przez bramę miasta.
Wtedy zaczął sypać taki śnieg, że mały chłopiec nie widział nic na krok przed sobą, a mimo to pędził dalej. Szybko puścił sznurek, żeby uwolnić się od wielkich sań, ale nic to nie dało, jego saneczki były przyczepione na dobre i pędziły jak wiatr. Wtedy zawołał bardzo głośno, ale nikt go nie słyszał, a śnieg wirował i sanie mknęły przed siebie. Od czasu do czasu podskakiwały, jakby Kaj przelatywał nad rowami i płotami. Bardzo się bał. Chciał odmówić Ojcze nasz, ale przypominał sobie tylko tabliczkę mnożenia.
Płatki śniegu robiły się coraz większe i większe, aż w końcu wyglądały jak wielkie białe kury. Nagle rozstąpiły się na boki, wielkie sanie stanęły, a osoba, która nimi powoziła, wstała. Futro i czapa były z samego śniegu. Była to pani, tak wysoka i wyprostowana, tak lśniąco biała: była to Królowa Śniegu.
„Dobrze nam się jechało!” powiedziała. „Ale co za mróz! Wsuń się pod moje niedźwiedzie futro!” I posadziła go obok siebie w saniach, i otuliła go futrem. Było mu tak, jakby zapadał się w zaspę śniegu.
„Jeszcze ci zimno?” zapytała i pocałowała go w czoło. Brr! Ten pocałunek był zimniejszy niż lód, przeniknął go aż do serca, które przecież już do połowy było bryłą lodu. Wydawało mu się, że zaraz umrze. Ale trwało to tylko chwilkę, a potem zrobiło mu się nawet dobrze. Wcale już nie czuł zimna dookoła.
„Moje saneczki! Tylko nie zapomnieć o moich saneczkach!” To było pierwsze, o czym pomyślał. I saneczki przywiązano do jednej z białych kur, a ona poleciała za nimi z saneczkami na grzbiecie. Królowa Śniegu pocałowała Kaja jeszcze raz, i wtedy zapomniał już o małej Gerdzie, o babci i o wszystkich w domu.
„Teraz nie dostaniesz już więcej pocałunków!” powiedziała. „Bo inaczej zacałowałabym cię na śmierć!”
Kaj patrzył na nią. Była taka piękna, mądrzejszej i śliczniejszej twarzy nie umiał sobie wyobrazić. Teraz nie wydawała mu się już z lodu, tak jak wtedy, gdy była za oknem i kiwała na niego ręką. W jego oczach była doskonała i wcale się jej nie bał. Opowiedział jej, że umie liczyć w pamięci, i to nawet ułamki, że wie, jak duże są kraje i ilu mają mieszkańców, a ona wciąż się uśmiechała. Wtedy pomyślał, że to, co wie, to jednak za mało, i spojrzał w górę, w wielkie, wielkie przestworza. A ona poleciała z nim, poleciała wysoko na czarną chmurę, a burza szumiała i huczała, jakby śpiewała stare pieśni.
Lecieli nad lasami i jeziorami, nad morzami i krajami. W dole świstał zimny wiatr, wyły wilki, skrzył się śnieg, a nad nim leciały czarne, kraczące wrony. Ale wysoko w górze świecił księżyc, taki wielki i jasny, i Kaj patrzył na niego przez długą, długą zimową noc. A w dzień spał u stóp Królowej Śniegu.





